epilog: to zawsze byłaś Ty



***
- Imagine a future moment in your life where all yours dreams come true. Who's standing next to you?
[...]
- It's you.
- What?
- When all my dreams come true, the one I want next to me. It's you.
# one tree hill

***

Kiedy kościelne dzwony zaczynają bić radosną nowinę, a oczy zasłonięte białym welonem  wyrażają jedynie bezkresne szczęście, wiesz, że wszystko jest na swoim miejscu. Pan Młody stojący przed ołtarzem w drogim garniturze i jego Pani Młoda w powłóczystej sukni, z bukietem białych frezji w dłoni. I goście siedzący w kościelnych ławkach, wzruszeni, wierzący w prawdziwą miłość, w miłość jego i jej. I nawet młoda skrzypaczka, która trochę nieporadnie zaczyna grać "Marsz Mendelsona". Wiesz, że to jedna z tych chwil, które powinny trwać zawsze, całą wieczność, które chciałoby się uchwycić w swoje dłonie i trzymać blisko serca przez następne dekady. Wiesz, że szczęście nie mogłoby być teraz pełniejsze, a łzy lśniące w kącikach oczu prawdziwsze. Bo to ta chwila, która jest idealna, mimo wszystkich niedoskonałości i niedociągnięć, mimo ponurej aury na zewnątrz, mimo zakatarzonej druhny i weselnego tortu, który nie dojedzie na czas. Bo to ta chwila, która jest tylko ich, a której zaledwie ułamkiem dzielą się ze swoimi najbliższymi.
I kiedy Gregor prowadzi swoją żonę przez środkową nawę ku ich nowemu, wspólnemu życiu i kiedy zostają obrzuceni garściami ryżu, uśmiechasz się tylko szeroko, ściskając drobną dłoń Chiary i ciesząc się szczęściem przyjaciela oraz swoim. Bo to dzień, który będziesz pamiętać do końca życia, dzień, w którym nie ma miejsca na przeszłość. Dzień, w którym zaczyna się przyszłość.
Łapiesz Chiarę w talii, ukradkiem całując ją w policzek. Minęło pół roku, odkąd Kastner opuściła szpital. Na początku nie było wam łatwo, ale w końcu dotarliście się, całkowicie niwelując dystans, jaki was dzielił. I wreszcie masz do kogo wracać i kogo kochać - zawsze miałeś, ale głupi nie miałeś na tyle odwagi, by pozwolić Chiarze być naprawdę blisko.
Ale błędy uczą. A ty potrzebowałeś tych błędów, by odnaleźć siebie i swoje miejsce w życiu. By zrozumieć, że czasami otworzenie siebie nie jest złe, a miłość to nie mara, która zniewala człowieka. I już nie pozwolisz Chiarze wymknąć ci się z rąk. Bo bez niej nic tak naprawdę nie miało sensu.
Wreszcie jesteś prawdziwie szczęśliwy.
Wreszcie przestałeś uciekać.
Jest tylko jedna mała sprawa, która kładzie cień na twoim szczęściu. Mirabel. Niby jest dobrze, niby umiecie ze sobą rozmawiać tak jak dawniej - nieco ironicznie, z małymi przywarami, z humorem, który tylko wy rozumiecie, ale... Bierzesz głęboki wdech, myślami wędrując do tej twardej brunetki. Od kiedy przeprowadziła się do Wiednia, by zaopiekować się swoimi wychodzącym na prostą bratem, widujecie się bardzo rzadko. Tęsknisz za nią, za rozmowami w środku nocy, za wszystkimi wspólnie wypitymi butelkami wina. Ale cieszysz się, że się pozbierała. Wiedziałeś, że tak będzie. Mirabel zawsze była twarda, nawet jeśli chwilowo zgubiła się w życiu. Najważniejsze, że wszystko zmierza ku dobremu.
- O czym myślisz? - Pyta Chiara.
Spoglądasz na nią, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który wypływa na twoje usta. Zdecydowanie wszystko zmierza ku dobremu.
- O tym, że jestem teraz bardzo szczęśliwy. - Odpowiadasz.
- A dlaczego to jesteś taki szczęśliwy?
Dlaczego? Bo wyzdrowiała? Bo dała ci jeszcze jedną szansę, na którą bez wątpienia nie zasłużyłeś? Bo kiedy wychodzisz na piwo z kumplami, ona nie patrzy się już na ciebie z zawodem w oczach? Bo ci ufa? Bo razem stworzyliście coś naprawdę dobrego?
Bo wreszcie czujesz, że życie jest czymś więcej niż zabawą i przepadaniem na całe noce?
- Tak po prostu. - Całujesz w Chiarę w czubek głowy. - Jestem z dziewczyną, z którą zawsze chciałem być. Czy to wystarczający powód?
- Myślę, że tak. - Blondynka uśmiecha się lekko. - I myślę, że ta dziewczyna też jest bardzo szczęśliwa.
- Nareszcie, co?
- Nareszcie.
Wreszcie znalazłeś swoje miejsce na świecie. Przy Chiarze. Tylko przy niej jesteś prawdziwie szczęśliwy. I tylko ją chcesz mieć przy sobie, gdy będą spełniać się twoje marzenia. Po prostu.


I've found a reason for me 
To change who I used to be 
A reason to start over new 
And the reason is you 


*****

bang! Trochę tandetnie i landrynkowo. Walentynki są, okej?
Więc koniec. Skoro Fettner nie jedzie do Falun to niech chociaż tutaj porzyga sobie tęczą. Nie wiem, czy to opowiadanie potoczyło się w dobrym kierunku, ale taką wizję zakończenia miałam w swojej głowie odkąd kilka miesięcy temu youtube przypomniało mi o piosence z góry rozdziału. I odkąd podczas słuchania na żywo "Pani K" uświadomiłam sobie, że naprawdę chcę to tak zakończyć. I kiedy umieściłam pewien cytat w zakładce bohaterowie. I generalnie odsyłam do tej sceny. <klik>. Najlepsza inspiracja.
Co do Mirabel... Od samego początku nie chciałam, by była tylko "pocieszeniem" na złamane serce. To byłoby zbyt oklepane. I w ogóle.
Przechodząc do podziękować. "I can make you love me" Bez tej piosenki, nie byłoby freidrehen. Bo ona sprawiła, że słuchając ją poczułam, że chcę wrócić do pisania. I że na tydzień przed maturą rzuciłam wszystko, bo chęć pisania była tak silna.
Dwa. Agnes! Za wszystko. Po prostu.
Trzy. Dziękuję każdemu, kto był tutaj - od początku, od niedawna, na chwilę. Dziękuję, że dzięki Wam moje pisania miało sens. Cieszę się, że Was mam <3
No to nara! Teraz do zobaczenia tylko tu: pata-w-gapa.blogspot.com

<333

dwadzieścia dwa: żegnaj?



Powoli wciągasz w płuca rześkie, poranne powietrze. Bezwiednie rejestrujesz głośny dźwięk samochodowych klaksonów i gwarne śmiechy przechodniów dobiegające z pobliskiej ulicy. Chciałbyś wrócić do tego życia - życia bez sterylnie białych ścian, respiratorów i resztek nadziei wyparowującej z człowieka z szybkością światła. Zdecydowanie szpital jest wyjątkowym miejscem pod względem napawania nadzieją i rozbijania nadziei; nigdzie indziej nie znajdzie się tak ambiwalentnej wiary w perspektywę zwykłego "będzie lepiej".
Przez chwilę stoisz przed budynkiem, wpatrując się w błękitne, innsbruckie niebo, na którym wreszcie zabłysnęło słońce. Przez chwilę wydaje ci się, że ostatnie tygodnie to tylko koszmar, z którego nie potrafisz się obudzić, ale gdy już to zrobisz i podniesiesz powieki to ujrzysz pogodną twarz Chiary, która przecierając rękami zaspane oczy, będzie mruczeć coś o naleśnikach na śniadanie.
Bang.
Rzeczywistość jest jednak inna. A ty znowu musisz się z nią zmierzyć.
Rzucasz ostatnie spojrzenie w kierunku tętniącej życiem ulicy, po czym odwracasz się i przechodzisz przez oszklone drzwi szpitala. Z każdej strony atakuje się ból i strach pacjentów i ich rodzin, z każdej strony napierają na ciebie emocje, które z uporem maniaka próbujesz od siebie odrzucić. Na próżno. Już dłużej nie potrafisz wzbraniać się przed uczuciami. Wystarczyło, byś raz otworzył furtkę, byś dał upust wszystkiemu... Chowanie się w hermetycznym pudełku już niczego nie ułatwi.
Zatrzymujesz się kilka metrów przed salą, na której leży Chiary i czekasz. Czekasz, bo nic innego ci nie pozostało, czekasz, bo wciąż wierzysz.
*
- Cześć.
Ktoś siada obok ciebie. Wiesz, kto to, poznałeś ten pozornie twardy głos. Odwracasz głowę w lewo i posyłasz Mirabel niewyraźny uśmiech, nawet nie próbując zamaskować zdziwienia. Spodziewałeś się tutaj wielu ludzi, ale zdecydowanie nie jej.
- Co tu robisz?
- Nie odbierałeś, więc przyszłam. - Brunetka wzrusza ramionami, nawet na ciebie nie patrząc, zaabsorbowana rąbkiem rękawa swojego swetra.
- Telefon mi się rozładował, sorry.
Milczycie, jakby bojąc się do siebie odezwać, jakby kolejne słowa miały was od siebie jeszcze bardziej oddalić, a przecież tego nie chcecie. Cisza nigdy wam nie przeszkadzała, ale teraz ciąży jak kamień na sercu, który przygniata i zapiera dech w piersiach. Chciałbyś zapomnieć, wyrzucić z głowy słowa jakie usłyszałeś od Mirabel, podczas waszego ostatniego spotkania. Chciałbyś, żeby było jak dawniej, żebyś mógł się uczepić chociaż tej jednej rzeczy, która pomogłaby ci zostać przy zdrowych zmysłach. Ale jak się pieprzy, to pieprzy się wszystko.
- Jak Chiara? - Mirabel wciąż uparcie wbija wzrok w swoje dłonie. Wiesz, że jest zdenerwowana, poznajesz to po delikatnie przygryzionej dolnej wardze i prawie niezauważalnie skulonych ramionach, po głosie, który niby jest twardy i opanowany, ale który pod taflą złudnego spokoju skrywa jakieś niewypowiedziane obawy i bóle, jakieś zadry na sercu, które szybko nie przestaną boleć.
- Trudno cokolwiek powiedzieć. - Wzdychasz. - A co z nami?
- A co ma być?
- Nie wiem. I to mnie najbardziej niepokoi.
- Przepraszam. Nie powinnam była tego mówić. Po prostu... Jesteś jedyną osobą, z którą potrafię być szczera. - Brunetka wreszcie podnosi na ciebie wzrok; jej oczy są najzwyczajniej na świecie smutne. Nie ma w nich bólu czy rozczarowania, tylko bezbrzeżny smutek. - Nie chciałam cię okłamywać. - Dodaje cicho.
Nie wiesz, co powiedzieć, więc ją tylko do siebie przytulasz. Tak bardzo nie chcesz jej stracić, ale czujesz jak wymyka ci się z rąk, jak oddala się od ciebie, przestraszona własnych uczuć i wizji odrzucenia, jaka nad nią wisi. Bo ty przecież kochasz inną. A Mirabel... Mirabel jest Mirabel. Po prostu.
- Rozmawiałam z Michaelem. - Wyznaje Winckler z twarzą wciąż przyciśniętą do twojego torsu. - Chyba rozumie, że raczej nic z tego nie będzie, przynajmniej na razie.
- Lepiej teraz niż później, nie?
- Jasne.
- Zasługujesz na to by być szczęśliwym, Fettner. - Mirabel odnajduje twoją dłoń i mocno ją ściska. - Jesteś dobrym człowiekiem. Pogubionym, ale dobrym.
- A co z tobą?
- Ze mną?
- I z twoim szczęściem?
Mirabel wyplątuje się z twoich objęć. Patrzy na ciebie niepewnie, z lekką obawą przygryza wargę i odgarnia niesforne kosmyki ciemnych włosów za ucho. Gdy się odzywa, jej głos jest spokojny i lekki.
- Kiedyś przecież się pozbieram. To nie koniec świata, nie?
- Zawsze byłaś twarda. - Posyłasz jej niepewny uśmiech. Wiesz, że to wasze ostatnie spotkania, a przynajmniej w najbliższym czasie. Że brunetka postanowiła się schować na jakiś czas, poukładać własne życie, dać ci i Chiarze trochę przestrzeni. Spróbować znaleźć równowagę, przywrócić waszą relację na odpowiedni ton. Widzisz to wszystko i jeszcze więcej w jej oczach. I wierzysz, że to się uda, że jeszcze będziecie potrafili usiąść przy winie i rozmawiając o bzdurach, oglądać jakieś durne, brazylijskie telenowele. Że jeszcze będziecie przyjaciółmi. Bo dla was nie ma rzeczy niemożliwych.
- Cieszę się, że cię poznałem. - Mówisz cicho, nie spuszczając wzroku z jej poważnej twarzy. Gdzieś w kącikach jej oczów błyszczą łzy, a usta mimowolnie drżą. Ale Mirabel nie płacze. Mirabel wciąż jest tą samą twardą dziewczyną, którą poznałeś, teraz może trochę bardziej odsłoniętą i nagą, ale wciąż tą samą. Posyłasz jej uśmiech, w głębi duszy mając nadzieję, że Winckler nie zniknie na dobre, bo przecież nie potrafisz już wyobrazić sobie własnego życia bez tej przenikliwej osóbki, która jednym spojrzeniem może powiedzieć o tobie więcej niż ktokolwiek inny.
Naprawdę nie chcesz jej stracić.
- Manuel! - Odwracasz głowę i widzisz zdenerwowaną twarz Anniki. Dziewczyna cała się telepie, a po jej policzkach spływają ogromne łzy. Coś się stało, ale nie potrafisz określić, co takiego. - Chiara!
W jednej chwili czujesz jak cały świat, który udało ci się względnie poskładać, pęka na miliony kawałków. Chcesz wziąć oddech, ale twoje płuca jakby palą się żywym ogniem. Spodziewasz się najgorszego, bo skoro wszystko się pieprzy... Czy coś w końcu może być dobrze? Boisz się, tak cholernie się boisz, że nawet nie możesz poruszyć się o milimetr, zupełnie jakbyś został przytwierdzony do plastikowego krzesełka na zawsze. Boisz się wstać i pójść pod salę Chiary, bo co jeśli ona... Jeśli...
I wtedy czujesz delikatną iskierkę ciepła, która pulsuje w twojej dłoni, powoli rozpływając się po całym ciele. Zerkasz w przeciwną stronę i widzisz splecione dłonie i lekki, prawie niedostrzegalny uśmiech. I czujesz, że wśród tego całego huraganu, coś może jeszcze ocaleć.

************
bang. Co ja się omęczyłam z tym rozdziałem to głowa mała i to wciąż daleki jest od tego, jaki powinien być </3 Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Za to freidrehen jest moim najdłuższym poważnym opowiadaniem, sehr stolz auf mich!

A co było rok temu? Rok temu było najpiękniej i najlepiej! <3



dwadzieścia jeden: czekając na cud



Głośne pikanie sprawia, że podnosisz głowę, intuicyjnie przenosząc wzrok na Chiarę. Blondynka leży na szpitalnym łóżku, podłączona do specjalistycznej aparatury. Wygląda na pogrążoną w spokojnym, błogim śnie - wygląda tak, jak zawsze, gdy zasypiała w twoich ramionach szczęśliwa i ufająca, że może jednak będzie dobrze. Ale to tylko pozory - przestrzeń wokół kobiety zostaje zapełniona przez plątających się ludzi, rzucających słowami pełnymi napięcia. Palcami dotykasz okna, które oddziela cię od Chiary. Nie wierzysz własnym oczom. Po prostu stoisz, z niedowierzaniem przyglądając się całej sytuacji, nie mogąc zaczerpnąć oddechu, czując jak strach paraliżuje każdy mięsień twojego ciała. Z zaciśniętym żołądkiem i palącym bólem w piersiach obserwujesz jak pielęgniarka przygotowuje respirator, a lekarz ze zdenerwowaniem na twarzy podejmuje próbę uratowania twojej Chiary. Uświadamiasz sobie, że oto nadeszła ta chwila, w której Kastner umiera, a ty nie potrafisz zrobić nawet jednego głupiego kroku. Jesteś taki bezradny, taki bezużyteczny.
Chcesz wpaść na salę i błagać Chiarę na kolanach, by wróciła do ciebie, by nie umierała, ale jedyne na co cię stać w tej chwili to bierne wpatrywanie się w ten ruchomy obrazek. Nie możesz się poruszyć, jakbyś był wrośnięty w podłogę. Zaczyna brakować ci powietrza, a każda próba wzięcia oddechu kończy się niepowodzeniem. Imię twojej ukochanej zamiera na twoich ustach, gdy przeciągłe pikanie przeszywa twój umysł.
To koniec.
K o n i e c.
Zaciskasz pięść w dłoń, po czym opierasz czoło o chłodną szybę. To nie dzieje się naprawdę, to nie może być prawda. Nie mogłeś jej tak po prostu stracić, pozwolić jej odejść, gdy wreszcie udało wam się znaleźć jakiś konsensus. Dlaczego teraz, gdy byliście już tak blisko...? Zamykasz oczy, czując jak słone łzy moczą twoje rozgrzane policzki. Nogi wręcz się pod tobą uginają, serce zwalnia, a świat trzęsie się w posadach. Chiara odeszła. Umarła.
Z tłumionym krzykiem odpychasz się od ściany i wybiegasz ze szpitala wprost w chłodne objęcia deszczowej nocy. Krople wody mieszają się z twoimi łzami, włosy kleją się do twarzy, ubrania zupełnie przemakają, a potężna ulewa zagłusza twoje wrzaski. Bezradnie opadasz na kolana i trzymając się za głowę, po prostu się poddajesz. Pękasz na miliony małych części, elementów nie do posklejania. Ból rozsadza twoje serce, roznieca pożar w całym ciele. Spadasz w przepaść - bez żadnej asekuracji, bez ludzi, którzy cię złapią, zanim dosięgniesz dna. Bo wiesz, że już nikt nie może cię uratować.
Tak, jak nikt już nie uratuje Chiary.
Powoli wyparowują z ciebie emocje, deszcz chłodzi twoją rozpacz. Nie czujesz nic, a a raczej czujesz tylko pustkę - przerażającą, wszechobejmującą, lodowatą pustkę nie do wypełnienia. Podnosisz się z ubłoconych kolan, ręką przecierasz mokrą od łez i wody twarz. Musisz pożegnać się z Chiarą, po raz ostatni ucałować jej czoło, ścisnąć drobną dłoń. Musisz powiedzieć, że przepraszasz, że kochasz, że będziesz kochać. I że nie potrafisz bez niej żyć.
Tak bardzo się spóźniłeś. Tak bardzo zawiniłeś. To wszystko to tylko i wyłącznie twoja wina.
Nienawidzisz siebie.
- Manuel? - Przez chwilę masz wrażenie, że słyszysz jej głos. Słodki, pełen ciepła i miłości. Głos, który zapewni, że wciąż kocha, mimo twoich kłamstw i zdrad. Głos, który jest najpiękniejszą melodią świata. Ale potem otwierasz oczy i widzisz nachyloną nad tobą zatroskaną twarz Anniki i jej dłoń spoczywającą na twoim ramieniu. Sennym wzrokiem lustrujesz pusty korytarz, plastikowe krzesełka i oczy Anniki tak bardzo podobne do oczów Chiary.
- Czy Chiara żyje? - Pytasz nieprzytomnie, czując jak przerażenie ściska cię w żołądku.
- Tak. - Kastner uśmiecha się do ciebie łagodnie, siadając obok. - Co ci się śniło? Krzyczałeś.
W odpowiedzi kręcisz tylko głową, jak najszybciej chcąc wyrzucić z pamięci ten okropny sen. Dla uspokojenia bierzesz kilka głębokich wdechów i opierasz tył głowy o chłodną ścianę. Ta cała sytuacja jest tak bardzo absurdalna, że przez chwilę masz ochotę wybuchnąć śmiechem. Życie znowu z ciebie zakpiło, Fettner.
- Jakieś nowe wieści?
Annika kręci głową. Jest spięta, zdenerwowana i niespokojna, ale kto teraz nie jest? Znowu przypominasz sobie swój koszmar i aż cię skręca z przerażenia.
- Zawsze trzymałam za was kciuki. - Annika patrzy na ciebie swoimi brązowymi oczami. Chce porozmawiać o siostrze, choć przez chwilę widzieć ją uśmiechniętą, szczęśliwą, pełną życia. - Razem byliście idealni.
Prychasz lekko rozdrażniony.
- Skrzywdziłem ją jak nikt inny.
- Ale ją kochasz, prawda?
- Czy to teraz cokolwiek znaczy?
- To znaczy wszystko. - Blondynka łapie cię za dłoń i pokrzepiająco ściska. - Nie możesz wątpić.
Żeby to było takie proste, myślisz, przenosząc wzrok na przeciwległą ścianę, na której wisi tablica nawołująca ludzi do szczepienia się przeciwko grypie. Trochę to cię bawi - tuż obok miłość twoje życia walczy ze śmiercią, a ty czytasz o takich przyziemnych rzeczach. Jednakże za murami szpitala wciąż istnieje inny świat - większy, normalny i tak bardzo pusty. Boisz się takiego życia - życia bez Chiary.
- Idę po kawę. Chcesz? - Wstajesz z krzesła i rzucasz dziewczynie pytające spojrzenie. Ta przeczy głową.
- Nie, dzięki. Wracam do rodziców. Przyjdziesz potem do nas?
Uśmiechasz się cierpko.
- Chyba nie jestem tam mile widziany.
- Przestań. Oni muszą wreszcie zrozumieć, że Chiara nie chce nikogo innego.
Przez chwilę patrzysz na młodszą Kastner bez słów. A potem ją po prostu przytulasz, szepcząc ciche "dziękuję".
Annika obdarza cię ciepłym uśmiechem i odchodzi. Patrzysz, jak znika za rogiem, po czym wykręcasz się w przeciwną stronę i idziesz znaleźć automat. Jesteś tak bardzo emocjonalnie wyczerpany, że nawet już nie myślisz o tym wszystkim, co właśnie się dzieje. Wiesz, że żeby przetrwać, musisz biernie spędzić ten okropny czas wyczekiwania.
Na końcu korytarza znajdujesz automat. Z kieszeni spodni wyciągasz kilka monet, wrzucasz do maszyny i wcisnąwszy odpowiedni przycisk, czekasz na swoje espresso. Po chwili kawa jest gotowa. Chwytasz za styropianowy kubeczek i bierzesz kilka łyków mocnego napoju. Kawa parzy twoje usta i podniebienie, ale ten ból jakby łagodzi ból, który szaleje w twoim sercu. Przez parę sekund możesz rozkoszować się nieprzyjemnym uczuciem, drażniącym twój język. Przez parę sekund możesz poudawać, że świat wcale ci się nie wali, a że twoim największym problem w tym momencie jest lekkie poparzenie.
Kiedy w kieszeni zaczyna wibrować twój telefon, odkładasz kawę na pobliski parapet i wyciągasz urządzenie, jednocześnie odbierając połączenie. Didl.
- Cześć. - Mówisz do słuchawki bezbarwnym tonem, choć wiesz, że powinieneś rzucić jakimś żartem. W końcu jest druga w nocy, normalni ludzie śpią, a nie wydzwaniają do innych. Jednakże w tym momencie jesteś daleki od wesołego usposobienia, w tym momencie nawet nie masz siły, by udawać, że jest dobrze.
- Cześć Manu. - Słyszysz spięty głos twojego kumpla. - Schlierenzauer powiedział mi o wszystkim. Jest źle?
Zaciskasz mocno powieki i bierzesz głęboki wdech. Przez chwilę po prostu milczysz, próbując opanować wewnętrzne drżenie. Czy jest źle? Jest kurewsko źle.
- Nie mam pojęcia. - Odzywasz się w końcu. - Lekarze nie mówią niczego konkretnego. Wszystko dopiero się okaże.
- Przejdziecie przez to. Oboje jesteście twardzi.
- Dzięki, Didl. - Wolną ręką przecierasz zmęczone oczy, po czym opierasz się o parapet i bierzesz łyka swojej kawy. - Mogę mieć do ciebie jedną prośbę?
- Jasne. Co tylko chcesz.
- Opowiedz mi o czymś. O czymkolwiek. Nawet o bzdurach. Chcę, choć na chwilę wyłączyć myślenie.
Przez chwilę słyszysz tylko miarowy oddech blondyna, ale nie mija nawet minuta, a Didl zaczyna nawijać z taką łatwością, jakby w życiu nie robił niczego innego oprócz plotkowania. A ty wsłuchujesz się w ten zwykły, codzienny świat, wypełniony błahostkami - bo przecież świat się nie kończy, to tylko tobie wszystko się chwieje, burzy i spada na głowę.
 Dobrze, że masz przy sobie takich ludzi, którzy zawsze ci pomogą. Szkoda, że tak późno to doceniasz.
- Pamiętasz, że ojciec obiecał, że jeśli wygram Turniej to kupi mi świnię? Żywą? Tak, więc w środę mam jechać z nim na giełdę. Ciekawe tylko, gdzie ja przenocują tą świnię, przecież mieszkam w bloku...

***********

no tak, klasyk ze snem, zawsze działa! (czy w tym przypadku też?). No i Didl Przyjaciel, bo Didl to fajny koleś, a ja chciałam wrzucić go do rozdziału, no bo Didlowa miłość tak trochę, hahaha <3

dwadzieścia: gorzej



Ściskasz dłoń Chiary, próbując nie myśleć o niczym innym niż o jej brązowych oczach, w których widać tyle różnych emocji, że aż kręci ci się w głowie. Wiesz, że się boi, że ma tą świadomość, że być może to wasze ostatnie, wspólne minuty, że jutro może po prostu dla niej nie istnieć. Przytulasz ją, pozwalając by jej łzy zmoczyły ci koszulę. Za godzinę ma przyjść anestezjolog, przedstawienie ruszy pełną parą, tylko główna aktorka zostanie jakby bierna wobec wszystkiego.
Gładzisz jej plecy. Udajesz kogoś, kto wierzy w butelkę do połowy pełną, kogoś, kto utwierdzi Chiarę, że może wygrać z chorobą, że przeszczep zakończy się sukcesem, ale wbrew wszystkiemu nie potrafisz wypędzić z głowy tych czarnych myśli, obaw, jakie cię paraliżują.
Być może to wasze ostatnie minuty. Ale żadnemu z was pożegnanie nie chce przejść przez gardło.
- Cieszę się, że jednak nie zniknąłeś z mojego życia. - Blondynka odsuwa się od ciebie, by móc spojrzeć ci w oczy. Jest taka blada i przerażona, tylko jej oczy...
Tam nie ma tylko strachu.
Potrząsasz głową, by wybić sobie z głowy zbędne nadzieje. Nie o to tu teraz chodzi. Teraz najważniejsze jest zdrowie Chiary, tylko to.
Umrzesz, jeśli ją stracisz. Bo już wiesz, że bez niej nie potrafisz żyć.
- Nie mogłem znowu zachować się jak idiota. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym, nie robiąc nic, znowu cię stracił. Nawet jeśli odzyskałem cię tylko na kilka godzin. - Łapiesz ją za dłoń, nie spuszczając spojrzenia z kobiety swojego życia. Jej twarz rozświetla się lekkim uśmiechem, oddech odrobinę przyśpiesza, a ona sama wydaje się jakby trochę mniej przerażona. Kurczowo ściska twoją dłonią, drugą ręką odgarniając z nad twojej twarzy kosmyki włosów, które nieprzerwanie opadają na twoje czoło. Mimowolnie, wbrew strachowi i całej tej pesymistycznej sytuacji, również się uśmiechasz.
Przez chwilę jest jak dawniej, a może nawet i lepiej. Przez chwilę po prostu wiesz, że...
- Kocham cię. I nie umiem przestać, choć tak bardzo tego chcę. - Kastner przygryza mocno wargę, jednocześnie przymykając oczy i na powrót chowając się w twoich ramionach. - Jesteś wszystkim, co najlepsze i najgorsze w moim życiu.
Nie wiesz, co odpowiedzieć, więc tylko tulisz ją do siebie, chcąc odciąć od całej tej pieprzonej rzeczywistości. Powinieneś się cieszyć? Czy to cokolwiek dla was znaczy? Bo przecież jej "kocham" nie musi znaczyć, że wciąż chce z tobą być, że da ci jeszcze szansę.
Fettner, do cholery! Przywołujesz się w myślach do porządku. Bo tak naprawdę teraz liczy się tylko to, co jest tu i teraz, jakaś cholernie ulotna chwila, garść minut przed zabiegiem, który może zrujnować twoje życie doszczętnie.
- Tak bardzo cię za wszystko przepraszam. Nie powinnaś była cierpieć przeze mnie, Chiara... - Twój głos zaczyna się łamać, więc przestajesz mówić i tylko trzymasz w ramionach cały swój świat, swoje dziś i jutro, swoją przeszłość, teraźniejszą i przyszłość. Bo Chiara jest dla ciebie wszystkim i tak naprawdę nie liczy się nic więcej.
- Teraz to nieważne, naprawdę. Teraz nic się nie liczy. - Powtarza gorączko Chiara, po czym całuje twoje usta, jakby była to najnaturalniejsza i najzwyklejsza rzecz na świecie. I ty również ją całujesz, czując jak za oknami i szpitalnymi ścianami znika świat, jak wszystko, co was otacza traci swoje znaczenie. Wszystko, czego w tym momencie potrzebujecie to miłość.
I tak w paradoksalnej sytuacji jesteście na swój sposób szczęśliwi.
- Naprawdę się zmieniłeś. - Blondynka obrysowuje palcem kontur twoich ust, gładzi policzek, delikatnie dotyka zarysu szczęki zupełnie jakby chciała utrwalić w pamięci twój portret. - Tęskniłam. - Szepcze, zaciskając drugą dłoń na kołnierzu twojej koszuli. - Tak cholernie tęskniłam.
Bardzo subtelnie obsypujesz jej twarz pocałunkami, bojąc się, że możesz ją jeszcze bardziej skrzywdzić. Ale Chiara przyciąga cię do siebie mocniej, niwelując jakąkolwiek odległość między wami.
- Kocham cię. - Szepczesz między pocałunkami.
I wreszcie pada również odpowiedź.
- Ja ciebie też. Tak bardzo.
*
Stoisz na szpitalnym korytarzu oparty o chłodną ścianę z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Kilka metrów dalej, bliżej drzwi prowadzących na blok operacyjny rodzice Chiary tulą się do siebie, próbując nie rzucać ci nienawistnych spojrzeń. Na przeciwko nich na plastikowym krześle siedzi Annika. Nikt do nikogo się nie odzywa, choć wasze głowy pełne są najróżniejszych myśli.
Z pozornym spokojem wpatrujesz się w jasne płytki, którymi ułożony jest korytarz. Każda kolejna minuta wydaje się trwać dłużej niż poprzednia, a panująca cisza doprowadza cię na skraj wytrzymałości. Próbujesz okiełzać myśli biegnące ku operacyjnemu stołowi, na którym leży Chiary. Nie możesz się bać, bo nic złego przecież się nie wydarzy. Jesteś tego pewien, po prostu jesteś.
By przestać choć na chwilę się bać, popychasz swoje myśli ku Mirabel. Widzisz jak cała roztrzęsiona i zapłakana stoi przed tobą naga jak jeszcze nigdy i mówi, że się zakochała. W tobie. W najmniej odpowiedniej osobie. Bo nie dość, że kochanie wyjątkowo dużo trudności ci sprawia to na dodatek jesteś już zakochany i to nie w niej.
Komplikacje na całości życia.
- Dlaczego? - Wydukałeś tylko, gdy jej wyznanie zawisło między wami, budując mur nie do przebycia. Mirabel parsknęła w odpowiedzi i obejmując się ramionami podeszła do okna i oparła się o parapet.
- A dlaczego by nie? - Podniosła wyzywająco podbródek, hardo znosząc twoje spojrzenie. - Przecież w tobie kocha się wiele kobiet, sam mówiłeś.
- Ale one znają tylko pozory, a ty...
- A ja znam prawdziwego ciebie? - Winckler wpadła ci w słowo ze znaczącym uśmiechem igrającym na ustach. - Może właśnie dlatego. Mówiłam ci, że prawdziwy Manuel jest świetnym gościem. Nie powinieneś się go bać.
Pokręciłeś głową, jakby chcąc wymazać z głowy ostatnią scenę. Ale nic takiego się nie stało. Mirabel wciąż wpatrywała się w ciebie zaszyfrowanym wzrokiem, a ty wreszcie zacząłeś rozumieć jej wcześniejsze, dwuznaczne słowa. Nagle wszystko zaczęło do siebie pasować, tylko tobie nie do końca było dobrze z tą wiedzą.
- I co niby teraz? - Zapytałeś cicho.
Brunetka obdarzyła cię smutnym uśmiechem.
- Nic. Przecież kochasz Chiarę. - Powiedziała i po prostu wyszła, zanim zdążyłeś jakkolwiek zareagować.
Do dzisiaj się nie odezwała. Ty również nie wykonałeś żadnego ruchu, by skontaktować się z Winckler. A przecież nie chcesz jej stracić, jest twoją przyjaciółką, bardzo ważną osobą w życiu.
Bierzesz głęboki wdech. Jak to się stało, że w tym samym czasie stoisz w obliczu straty dwóch najważniejszych kobiet twojego życia? Dlaczego? Za jakie grzechy?
I to zaraz po usłyszeniu od nich obu "kocham".
Życie jest straszne.
Zaciskasz dłonie w pięści i napinasz mięśnie, ostatkiem sił powstrzymując się, by niczego nie rozwalić. Jest tak bardzo źle, że gorzej być nie może. Po prostu nie ma innej opcji.
Ale życie oto znowu cię zaskakuje - na korytarzu zjawia się chirurg, który prowadził operację Chiary. Jego twarz jest zmęczona, spojrzenie nie zwiastuje niczego dobrego. Podchodzisz do niego i państwa Kastner, w chwili, gdy doktor mówi:
- To była ciężka operacja, stan państwa córki nie jest dobry. Najbliższe czterdzieści osiem godzin zadecyduje o wszystkim.
Mama Chiary wybucha tłumionym płaczem, a ty wiesz, że po raz kolejny się myliłeś - nigdy nie jest tak źle, by gorzej być nie mogło.
************

Dałam sobie czterdzieści osiem godzin, by zadecydować, w którą stronę popchnąć opowiadanie. I powiem Wam, że to wcale nie jest oczywista i łatwa decyzja, bo na ten moment nie wiem nic. Ale Manuel Fettner i miłość do Austria Team jest najlepszą inspiracją na świecie. Są rzeczy, które po prostu nigdy się nie zmienią.

Do następnego!

(i wciąż zapraszam: pata-w-gapa.blogspot.com)


dziewiętnaście: katastrofy życiowe




- Manu! Manu! Czekaj!
Zatrzymujesz się przed swoim autem i czekasz, aż Michael cię dogoni. W końcu chłopak materializuje się obok ciebie i oparłszy się o samochód, próbuje ustabilizować oddech.
- Co jest? - Pytasz, z trudem powstrzymując irytację. Chcesz jechać już do domu, wziąć zimny prysznic i spróbować się przespać. Jesteś na tyle zmęczonym tym dniem, że zasypiasz na stojąco. Może wreszcie spłynie na ciebie kojący sen, który chociaż na pięć minut pozwoli ci zapomnieć o całym świecie?
Blondyn patrzy na ciebie w kompletnej ciszy. Po tym jak marszczy czoło, wiesz, że próbuje dobrać odpowiednie słowa. Chyba czuję się trochę... niezręcznie?
- Co z Mirabel?
- A co ma być? - Dziwisz się. Kiedy wychodziłeś rano z mieszkania, nic nie zapowiadało, że z Mirabel ma coś się stać. Jedynie tym razem nie życzyła ci miłego dnia, bo wiedziała, że taki po prostu nie będzie. Zamiast tego obdarzyła cię krzepiącym uśmiechem, mówiącym że nie jest na ciebie zła za wcześniejszy wybuch. Chyba rozumie, że jesteś teraz w takiej sytuacji, w której zamieniasz się w tykająca bombę. Całą swoją łagodność, jak zwykle, masz zarezerwowaną dla Chiary.
- Przez cały dzień nie odebrała ani jednego mojego telefonu. - Michi znowu marszczy czoło, spuszczając z ciebie wzrok. Jest w nim coś takiego bezradnego i przygniatającego serce. Jakiś taki smutek, może lęk. Zupełnie jakby już przyzwyczaił się do Winckler i bardzo nie chciałby jej stracić.
Prychasz tak bardzo w stylu starego Manuela. Jeszcze do końca nie pozbyłeś się starych nawyków.
- Może za bardzo jej się narzucasz?
Hayböck morduje cię spojrzeniem. Co on taki wrażliwy?
- Przeprowadza się. Może nie ma czasu. - Wzdychasz.
- Dzisiaj? - Blondyn ze zdziwieniem unosi ku górze brwi. - Miała w piątek. Miałem jej pomóc. O co chodzi?
Wzruszasz ramionami.
- Kto ją tam wie. Może okazało się, że może wprowadzić się wcześniej i nie chciała cię odciągać od treningów? Michi, dobra rada wujka Fettnera, nie próbuj zrozumieć kobiety, bo za cholerę tego nie zrobisz.
- Co tam frajerzy? - Obok was pojawia się Schlierenzauer i jego irytujący uśmiech. Odkąd Sandra powiedziała przedsakralne "tak", chłopak nie potrafi przestać się szczerzyć i kipieć miłością. - Patrzenie na wasze smutne pyśki przyprawia mnie o depresje.
- A jak ja na ciebie patrzę to rzygam tęczą. - Odgryzasz się życzliwie. - Problem jest taki, że Hayböck zaczął nam się za bardzo angażować.
- Wcale, że nie - protestuje Michi.
- Wow, nie tak dawno płakałeś za Birgit, a już latasz za inną spódniczką jak... jak... - Gregor w skupieniu przygląda się blondynowi, nie mogąc znaleźć odpowiedniego porównania. - jak Freund za wkładkami! - Wykrzykuje po chwili z entuzjazmem zwycięzcy, a tobie wręcz ręce opadają nad głupotą Schlierenzauera.
- No to pojechałeś. - Stwierdzasz lekceważąco, za co zostajesz obdarowany schlierenzauerowym, lodowatym spojrzeniem.
- Po prostu ją lubię, okej? - Hayböck wzdycha bezsilnie. - To nic takiego.
Ale ty swoje wiesz - Michi nie wygląda na kogoś, kto ją po prostu lubi. Wpadł. Po uszy. I wcale to cię nie cieszy, bo znasz Mirabel i wiesz, że trudno do niej dotrzeć. Trzeba się trochę pomęczyć, by zaufała i pozwoliła być naprawdę blisko. Więc oczywistym jest, że boisz się, że brunetka może złamać serce twojego kumpla.
- A ty, Fettner? Jaka jest twoja katastrofa życiowa? - Poważne oczy Gregora są wbite w twoją twarz. I nawet Hayböck przestaje sprawdzać, czy aby nie ma żadnej nowej wiadomości od Mirabel i schowawszy telefon, podnosi na ciebie wzrok.
Wzdychasz głośno. Chcesz odpowiedź, ale jakby coś utknęło ci w gardle, skutecznie blokując jakiekolwiek słowa. Napinasz mięśnie, zaciskasz pięści, przygryzasz wargę - wszystko, by uchronić się przed rozpadnięciem się. Strach znowu cię paraliżuje, a cała sytuacja najzwyczajniej na świecie cię przerasta. I chyba oto nastał ten moment, kiedy nie potrafisz zamaskować prawdziwych emocji, kiedy twoje prawdziwe odczucia biorą górę nad pozorami, którymi zazwyczaj karmisz innych.
Bierzesz kolejny głęboki wdech. I jeszcze jeden. W końcu wyrównujesz oddech i uciekając spojrzeniem przed przyjaciółmi wyznajesz roztrzęsionym głosem:
- Chiara jest chora. Jutro ma przeszczep. Nie wiadomo czy...
Kręcisz głową, jakby chcąc odrzucić od siebie tą straszną myśl, a potem najzwyczajniej na świecie pozwalasz łzom popłynąć po swoich policzkach. Nie obchodzi cię, że chłopaki stoją tuż obok, że mijają was pracownicy ośrodka, że jesteś twardym facetem. Pękasz jak gorąca szklanka wystawiona na mróz, tak bardzo zły na siebie za własne uczuciowe popapranie, które doprowadziło twój związek z Chiarą do rozpadu. Jednocześnie wciąż nie potrafisz przestać myśleć o Kastner, o jej chorobie, o własnym strachu.
Dłużej nie możesz oszukiwać wszystkich, że jest w porządku. Bo nie jest. I szybko nie będzie.
Jest po prostu katastrofalnie.
- Stary... - Gregor klepie cię po plecach, chcąc dodać ci otuchy. Nie wie, co powiedzieć, jak się zachować. Bo przecież "wszystko będzie dobrze" nie zmieni nic.
- Sorry. - Mruczysz, prostując się i wycierając policzki. - Sorry.
- Nie musisz. - Michael uśmiecha się do ciebie blado. - Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Wiesz, że możesz na nas liczyć.
- Dzięki. - Odwzajemniasz uśmiech. Jest ci lżej, wiedząc, że nie jesteś w tym wszystkim sam i że w razie potrzeby masz w swoim życiu osoby, które cię złapią, ratując cię przed upadkiem.
- Przejdziemy przez to. - Dodaje jeszcze Gregor i przygarnie cię do siebie w braterskim odruchy.
Oby miał rację.
***
Zastajesz  Mirabel siedzącą na blacie w twojej kuchni. Bez makijażu, w luźnym swetrze i legginsach wygląda niewinnie i słodko; zupełnie nie przypomina tej zadziornej dziewczyny, którą poznałeś niegdyś w barze.
Zatrzymujesz się w drzwiach i opierasz się o framugę, patrząc na nią zmęczonymi oczami. Oboje nie przypominacie ludzi z tamtego wieczoru - obojętnych, spragnionych chwilowej rozrywki, jakby pozbawionych głębszych uczuć. Czujesz się jakby od tamtej nocy minęły całe wieki. Teraz jest jednocześnie lepiej i gorzej niż wtedy.
- Cześć. - Mówisz cicho, na co Mirabel kiwa ci głową. Jej zamyślone spojrzenie długo przy tobie nie zostaje.
- Przyszłam oddać klucze. - Odzywa się po kilku minutach. - I podziękować.
Uśmiechasz się smutno. Trudno ci pogodzić się z myślą, że znowu zostajesz sam i to jeszcze w tak niszczącej sytuacji. Ale przecież tak musi być.
- Oczywiście zostaniemy w kontakcie? - Unosisz pytająco brew.
- A chcesz?
- Głupie pytanie.
Siadasz obok niej na blacie. Wraz z wdychanym powietrzem, wciągasz subtelny zapach jej perfum. Kurczę, będzie ci jej brakować. I to chyba znowu jest ta chwila, w której musisz przyznać, że będziesz najzwyczajniej na świecie tęsknić. Za smacznymi obiadkami, za łazienką okupowaną przez dwie godziny, za wspólnym oglądaniem Nie igraj z aniołem. Za nią. Nigdy nie przypuszczałbyś, że możesz się zaprzyjaźnić z jakąkolwiek kobietą. W końcu kto jak nie ty, zawsze najgłośniej krzyczał, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje?
Ale między wami było coś więcej niż przyjaźń. Ratowaliście się nawzajem. Uczyliście się innego życia - życia bez jednonocnych przygód, które miały zagłuszyć prawdziwe uczucia. Ewoluowaliście. I może wciąż nie jest łatwo, ale na jakiś sposób jest lepiej.
Tyle jej zawdzięczasz. Chciałbyś jej to powiedzieć, ale brakuje ci słów, które mogłoby dokładnie oddać twoją wdzięczność.
- Powinnaś zadzwonić do Michaela. Martwi się, chłopak. - Mówisz zamiast tego. Dziękowanie nigdy nie było twoją mocną stroną.
Mirabel w zamyśleniu wydyma wargi.
- Halo? Jesteś tutaj? - Machasz jej przed oczami dłonią, na co brunetka wykrzywia twarz w grymasie.
- Przepraszam, zamyśliłam się. - Wyjaśnia. - Co z Chiarą?
- Jutro przeszczep. Różnie może być.
- Manuel?
- Hmm?
Mirabel opiera głowę o twoje ramię i przymyka oczy. Chwilę siedzicie tak pogrążeni w kompletnej ciszy i we własnych myślach. Za oknem zachodzi słońce, a kuchnię zalewa ciemność, jednakże dla ciebie czas jakby stanął w miejscu.
- Chyba zrobiłam coś złego. - Wyznaje szeptem Winckler. Instynktownie obejmujesz ręką jej plecy, jakby chcąc chronić ją przed konsekwencjami jej czynu, czymkolwiek on jest.
- Co się dzieje, Mirabel?
Brunetka niepewnie przygryza wargę. Jej oddech przyśpiesza i nawet serce, jakby szybciej bije.
- Zakochałam się.
Otwierasz szerzej oczy, zaskoczony jej słowami. Jeszcze do niedawna sam uważałeś za głupców tych, którzy mówili o miłości, ale od tamtego czasu tyle się zmieniło. Zdążyłeś uwierzyć w miłość, przestałeś uciekać. Zacząłeś chcieć kochać. I chyba musisz przyznać, że zakochanie to nie taka straszna zbrodnia.
- Hej, przecież to nie powód do smutku. - Próbujesz ją przekonać. - Zwłaszcza, że Michi chyba odwzajemnia...
- Nic nie rozumiesz! - Mirabel zeskakuje z blatu i zatrzymuje się przed tobą, cała roztrzęsiona. Wpatruje się w ciebie szklanym wzrokiem, raz po raz zaciskając i rozprostowując palce. Jej twarz wykrzywia grymas bólu, a rozczarowanie odbija się w błękicie jej oczów. - Kompletnie nic!
- To mi powiedz. - Mówisz łagodnie, chcąc ją uspokoić. Na marne. Policzki brunetki pokrywają się krokodylimi łzami, a ona sama wydaje się być zupełnie bezradna wobec zaistniałej sytuacji.
Winckler kręci głową, jakby chcąc wyrzucić z głowy własne myśli. W końcu się poddaje. Gdy się odzywa, jej głos jest drżący i cichy.
- To w tobie się zakochałam, Fettner.
A ty czujesz się, jakbyś utracił grunt pod nogami.
*****
Momentami chyba przesadziłam, ojej.

Piosenka perfekcja, ja wiem ;3
W przerwie gdzieś między psychologią humanistyczną a koncepcją rozwoju poznawczego postanowiłam dodać rozdział. Bo uczenie się na mój pierwszy egzamin wybitnie mi nie wychodzi </3

Trzymajcie się ciepło i zapraszam tutaj (bo jeszcze na tym blogu nie spamowałam! ;o): pata-w-gapa.blogspot.com

osiemnaście: będzie czy nie będzie dobrze?



Za oknami jest jeszcze ciemno, gdy anemicznie zwalasz się z kanapy i idziesz do kuchni, by zrobić mocną kawę. Włączasz ekspres i siadasz na blacie, martwym wzrokiem wpatrując się w przeciwległą ścianę. Wciąż nie możesz uwierzyć w to, co się dzieje. Dlaczego akurat Chiara? Dlaczego w momencie, gdy miałeś jakieś nikłą i absurdalną nadzieję na to, że może jeszcze jakimś cudem między wami się ułoży? Wciąż potrzebujesz cudu, ale już nie dla was, tylko dla niej. Ona jest teraz najważniejsza.
Zaciskasz mocno oczy, gdy czujesz jak pod powiekami wzbierają się łzy. Nie chcesz rozpaść się jak domek z kart, nie teraz. Musisz być silny, jeśli nie dla siebie, to dla Chiary, ona potrzebuje teraz wsparcia jak jeszcze nigdy. A ty możesz jej je wreszcie dać. Wreszcie możesz ofiarować jej wszystko, co kiedykolwiek chciałeś, a czego wcześniej się bałeś. Tak, przestałeś bać się kochać. Ale co z tego?
Teraz to nie znaczy nic. A jednocześnie znaczy tak wiele.
Wzdychasz głośno, po czym zaczynasz bębnić palcami o kuchenny blat. Chiara wygnała cię wieczorem do domu, byś się trochę przespał, ale mimo to nie potrafiłeś zasnąć. Wierciłeś się tylko na kanapie, cały czas będąc myślami przy niej. Zastanawiałeś się jak się czuje, czy się boi i czy wszystko okej. I modliłeś się, by najczarniejsze scenariusze nigdy się nie wypełniły. Bo przecież potrzebujesz Chiary w swoim życiu jak jeszcze nigdy nikogo.
Dlaczego zawsze masz pod górkę? Dlaczego nigdy nic nie może iść łatwo? Dlaczego akurat Chiara? Dlaczego to jej musiało to się przytrafić? Dlaczego?
To wszystko twoja wina. Pieprzona karma. Kiedy w końcu odpokutujesz za swoje grzechy? Czy będzie jeszcze dobrze?
Od tych wszystkich pytań zaczyna boleć się głowa. Nalewasz sobie kawy i przyssawszy się do kubka, próbujesz oczyścić umysł. Nie przegracie tego. Będziecie walczyć do końca. Choćby los rzucał wam kłody pod nogi... Dacie radę. Razem.
Masz nadzieję, że Chiara znowu wpuści cię do swojego świata, że pozwoli ci być jeszcze bliżej, że zniknie między wami ta dziwna bariera, którą otaczacie swoje serca. Jesteś gotowy rzucić się na głęboką wodę i po raz pierwszy w życiu prawdziwie kochać. Pytanie tylko, czy po tym wszystkim i biorąc pod uwagę aktualny stan, Chiara przestanie tak asekuracyjnie i ostrożnie poruszać się po waszej relacji?
Nie masz pojęcia, co z tego może wyniknąć.
- Ktoś tu jest porannym ptaszkiem.
Podnosisz wzrok i dostrzegasz otuloną kocem Mirabel. Nie uśmiechasz się do niej, nie masz już sił, by udawać, że wszystko jest okej, że twój świat wcale się nie rozpada, a szczęście nigdy nie było dalsze. Wiesz, że prędzej czy później powiesz jej prawdę, bo nie możesz dłużej dusić sobie tego wszystkiego. A poza tym to jest Mirabel, ona wszystko widzi i samą obecnością potrafi sprawić, że się otworzysz.
- Co u ciebie? - Pytasz, odkładając kubek z kawą na bok.
Brunetka siada przy stole i podnosi na ciebie wzrok.
- Wyprowadzam się dzisiaj.
Słysząc jej słowa, zamierasz. Już przyzwyczaiłeś się do jej obecności, do tego, że zawsze jest i że umie naprowadzić cię na właściwą ścieżkę. Polubiłeś nawet spanie na niewygodnej kanapie i oglądanie durnych, meksykańskich seriali, które Mirabel tak uwielbia.
Ale to musiało nadejść i dobrze o tym wiedziałeś. Tylko dlaczego... teraz?
- Aha. Szkoda.
- Tak.
Zapada cisza. Mirabel szczelniej opatula się kocem, a ty uciekasz wzrokiem. Wiesz, że nie możesz prosić, by została, bo to byłoby zbyt egoistyczne z twojej strony. Mirabel musi wstać na własne nogi, musi nauczyć się żyć niezależnie od swojego brata, od ciebie.
Prychasz pod nosem, zirytowany własnymi myślami. Tak, Mirabel musi stać się niezależna, a ty? Twoje bycie niezależnym doprowadziło cię do momentu, w którym nie umiesz wyobrazić sobie świata bez Chiary. Takie paradoksy.
Z powrotem chwytasz za kubek i kończysz swoją kawę. Tą prozaiczną czynnością próbujesz uspokoić rozklekotane myśli i rozszalałe uczucia, ale zamiast spokoju czujesz dziwną pustkę, chłód, który obejmuje twoje wnętrze. Ponoć nieczucie mniej boli niż czucie. Ponoć z obojętnością łatwiej przetrwać. W tym momencie jednak wolałbyś, żeby cię bolało - cokolwiek - ale żeby bolało tak mocno, byś zapomniał o wszystkim.
- Chiara jest... bardzo chora. - Wyduszasz wreszcie, patrząc na własne palce ściskające porcelanowy kubek. Próbujesz być silny, naprawdę. Ale zawsze, gdy powraca do ciebie ta myśl, jakaś część ciebie się kruszy. Chyba nie masz wystarczająco wielu sił, a przynajmniej nie w obliczu tej tragedii.
- Manuel. - Mirabel pojawia się obok ciebie i stając na palcach, obejmuje twoją szyję. Czujesz jej zapach, ciepło, oddech, niemal słyszysz bicie jej serca. Wiesz, że chce dla ciebie jak najlepiej, że cię po prostu wspiera, ale mimo wszystko, obejmuje się jakaś irracjonalna złość. Bo to nie Mirabel powinna stać teraz w twojej kuchni i przytulać cię. To nie ona.
Próbujesz zdusić w sobie ten głupi poryw, byle tylko nie narobić kolejnych szkód. Delikatnie wyplątujesz się z jej objęć i zeskakujesz z blatu, po czym kładziesz kubek po kawie do zlewu. Chcesz zignorować słowa Mirabel, ale nie potrafisz.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Chiara wyzdrowieje.
Dlaczego Winckler leci takimi utartymi frazesami? Przecież zawsze potrafiła powiedzieć coś odpowiedniego, coś...prawdziwego.
- Tego, kurwa, nie wiesz. - warczysz tylko i wracasz na kanapę, by dalej walczyć z głupimi myślami i bezsennością.
***


Mijasz szpitalne korytarze, zabiegane pielęgniarki, wykrzywione bólem twarze. Oddychasz tym specyficznym, wypełnionym zapachem detergentów powietrzem. Obojętnie prześlizgujesz wzrokiem po rażąco białych ścianach. Szpital. Miejsce, gdzie nad ludzkimi głowami zawisają wyroki, gdzie niektórzy doświadczają prawdziwych cudów, gdzie jesteś tylko z tymi ludźmi, którym na tobie zależy. Ale tam, gdzie jesteś tylko sam.
Żadne "Jest pan zdrowy", żaden krzyk niemowlęcia wydany tuż po narodzinach, żadne "przepraszam" godzące kilkuletnie spory wypowiedziane po rachunku sumienia nie zmieni tego, że szpital to najbardziej depresyjne miejsce świata. Miejsce, w którym to najczęściej nadzieje zamieniają się w rozczarowania, a marzenia w łzy.
Niepewnie naciskasz na klamkę i wchodzisz do sali. Obok łóżka Chiary siedzą jej rodzice, a o parapet okna opiera się jej siostra. Spojrzenia, jakimi jesteś bombardowany, sprawiają, że przygarbiasz się i jakby malejesz. Chiary patrzy na ciebie trochę zagubionym, trochę stęsknionym wzrokiem, jej ojciec wręcz przeszywa się na wylot, natomiast oczy matki zerkają na ciebie z dystansem. Tylko Annika uśmiecha się do ciebie delikatnie, bez żadnych wyrzutów i pretensji.
- Dzień dobry. - Mówisz cicho, pozbawiony swojej, wydawałoby się, nieodłącznej pewności siebie. Wiesz, że teraz nie możesz być pewien niczego, a zwłaszcza samego siebie.
- Manuel, zmizerniałeś. - Ocenia cię pani Kastner.
Chcesz odpowiedzieć, błysnąć jakąś żartobliwą uwagą, jak to zawsze masz w zwyczaju, ale zanim do głowy przychodzi ci jakikolwiek pomysł, Chiara prosi swoją rodzinę, by zostawili was samych na chwilę. Jej ojcowi niekoniecznie podoba się ta idea, ale ciągnięty przez żonę wychodzi na korytarz.
- Dobrze było cię zobaczyć. - Annika klepie cię w ramię, a ty uśmiechasz się do niej i zanim dziewczyna wychodzi, wypowiadasz ciche "dziękuję". W odpowiedzi młodsza Kastner puszcza ci oczko.
- Czy ty flirtujesz z moją siostrą? - Pyta Chiara z udawanym wyrzutem.
- Zazdrosna? - Siadasz na skraju łóżka blondynki, po czym łapiesz ją za dłoń.
- Skądże. Mam dobrą wiadomość. Znalazł się dawca. Jutro mam operację.
- To fantastycznie. - Uśmiechasz się szeroko i przygarniasz do siebie Chiarę, głaszcząc jej włosy. Zamykasz oczy, prosząc w duchu kogokolwiek, kto ma władzę nad tym ziemskim padołem, aby wszystko się udało, a Chiara by wróciła do zdrowia. Bo teraz musi być już tylko lepiej, nie?
Wiesz, że nie. Ale ignorujesz tą myśl. Przy Chiarze nie możesz mieć żadnych wątpliwości - będzie dobrze i już.
- Będziesz jutro, prawda? - Blondynka odchyla się, by móc zaglądnąć w twoje oczy. - Będę się mniej bała, gdy będę wiedzieć, że jesteś blisko. - Przyznaje.
Gładzisz jej policzek kciukiem.
- Już ci mówiłem, że zostanę.
- Dziękuję.
***
Musisz iść na trening, więc żegnasz się z Chiarą i jej rodziną. Z lekką ulgą wychodzisz z sali - rozmowa średnio wam się kleiła, a państwo Kastner nie potrafili pozbyć się jakiś swoich podejrzeń. Nie dziwi cię to. W końcu sam sobie nie ufasz.
Przed szpitalem dogania się ojciec Chiary. Friedrich poprawia w pośpiechu zarzuconą marynarkę, po czym wyciąga z kieszeni paczkę papierosów. Częstuje cię, ale odmawiasz.
- Sportowiec, jasne. - Cedzi. Nigdy cię nie lubił i jakoś nie widzisz powodów, by miało to się zmienić. Nie przynajmniej w najbliższym czasie.
I vice versa.
Blondyn zaciąga się nikotynowym dymem, nie szczędząc ci morderczych spojrzeń. Wiesz, czego możesz się spodziewać. Już przeszedłeś przez podobną rozmowę co najmniej dwa razy.
- Nie pozwolę ci już krzywdzisz mojej córki. - Mówi, mrużąc oczy i podchodząc do ciebie zdecydowanie za blisko. - Już za dużo razy przez ciebie płakała.
- Nie chcę jej krzywdzić. - Przyznajesz, wytrzymując jego spojrzenie. - Kocham ją. - Dodajesz po chwili, dziwiąc się samemu sobie.
Kastner wybucha pogardliwym śmiechem.
- Po prostu się do niej nie zbliżaj. W innym wypadku porozmawiamy inaczej.
- Będziemy musieli, bo nie zamierzam opuszczać już Chiary. A teraz wybaczy pan, śpieszę się.
I odchodzisz, będąc dumnym z tego, że nie dałeś ponieść się emocjom. Emocje wykrzyczysz na treningu.
**********
No okej, zakopałam się w kołdrze i kocu w tej mojej małej Syberii z postanowieniem, że wreszcie skończę ten rozdział i skończyłam. Oddzielną sprawą jest to, że jest jaki jest, słowem słaby. Ach, jest tak źle, pogubiłam się, pogubił się i Manuel, żadnych koncepcji na następne rozdziały, kompletnie nic. Tylko pomysł na epilog. Ale zanim epilog, to jeszcze trochę trzeba będzie namieszać, nie? :(((
Trzymajcie się ciepło i piszcie coś, bo nie mam, co czytać! :D



siedemnaście: zostań



Późną nocą siedzisz na niewygodnym, plastikowym krześle w szpitalnej poczekalni i pijąc ohydną kawę z automatu, czekasz aż wskazówki zegarka wskażą magiczną dziewiątą godzinę, a ty wreszcie będziesz mógł zobaczyć Chiarę. Mimo usilnych i desperackich prób, pielęgniarki kategorycznie zakazały ci wejścia na oddział. Jedynie starszy ochroniarz zlitował się nad tobą i łaskawie pozwolił ci przeczekać noc w poczekalni, nakazując zachowanie spokoju. Tak więc siedzisz teraz tutaj i czekasz. Każda minuta wydaje ci się trwać w nieskończoność, a czarne myśli doprowadzają cię na skraj wytrzymałości. Nie wiesz nic i to jest najgorsze. Jedynie I jest źle Anniki echem odbija ci się w głowie, powodując jeszcze większą panikę i jeszcze większy strach. Swoją drogą, Annika przestała odbierać telefony od ciebie, zostawiając cię samego w burzy domysłów i obaw. Nawet nie powiedziała ci, co dokładnie jest z Chiarą, dlaczego leży w szpitalu i czy źle znaczy po prostu źle czy katastrofalnie.
Jeszcze nigdy tak bardzo się nie bałeś.
Mimowolnie wędrujesz myślami do prawego skrzydła szpitala. Wyobrażasz sobie mały, biały pokoik, w którym pachnie środkami dezynfekcyjnymi i chorobą. Pośrodku pomieszczenia zapewne stoi łóżko, a na nim leży blada i zmizerniała Chiara. Może też się boi. Może ściskając w dłoni prześcieradło, próbuje nie rozpłakać się jak mała dziewczynka. Może chce, byś przy niej był?
Do cholery, chcesz ją tylko przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że jesteś przy niej i że nie chcesz być, gdzie indziej. Tylko tyle. Czy ktoś może to wreszcie zrozumieć?
Noc powoli zamienia się w dzień, a izba przyjęć coraz bardziej się zapełnia. Nie zwracasz na to uwagi, póki na przeciwko ciebie nie siada młoda dziewczyna, która tuli się do chłopaka mającego poobijaną twarz i zabandażowaną rękę. Mimo niepodważalnie bolesnych ran, chłopak nie może powstrzymać czułego uśmiechu raz po raz kierowanego do swojej ukochanej.
Coś jest w tym obrazku, co łamie ci serce. Bo ty tak rzadko byłeś dla Chiary prawdziwym wsparciem, tak rzadko pokazywałeś jej, że jesteś przy niej. Bo cię tak jakby nie było. Odsuwałeś się zawsze wtedy, gdy powinieneś być. Więc naprawdę cię nie dziwi, że Chiara nic ci nie powiedziała.
W końcu wybija dziewiąta, a ty z łomoczącym w piersiach sercem kierujesz się do pokoju Chiary. Pielęgniarki tym razem cię nie zatrzymują i wreszcie możesz przekroczyć próg sali numer sto dwanaście. Jest to niewielkie, jednoosobowe pomieszczenie o bladożółtych ścianach i białych firankach. Pośrodku stoi łóżko, obok pełno najróżniejszej aparatury, z której wyłaniają się różne rurki i kabelki, biegnące ku... Chiarze.
Podchodzisz bliżej i wreszcie ją widzisz. Przez jej skórę prześwitują żyły, twarz ma jeszcze bardziej wychudzoną niż wtedy, kiedy widzieliście się po raz ostatni. Śpi, mocno zaciskając powieki zupełnie jakby śniło jej się coś bardzo złego. Ostrożnie siadasz na brzegu łóżku, po czym łapiesz jej drobną dłoń i delikatnie ściskasz. Widok Chiary łamie ci serce. I wiesz, że źle znaczy coś więcej niż źle. Nie chcesz o tym myśleć, ale co jeśli to już wasze ostatnie minuty? Co jeśli...
- Manuel.
Przełykasz głośno ślinę. W końcu zbierasz się na odwagę i przenosisz wzrok na jej wielkie, smutne orzechowe oczy. Jest taka słaba, taka krucha. Zupełnie inna od twojej Chiary. I już wiesz, dlaczego ostatnia była taka zrezygnowana i przegrana. To nie tylko przez ciebie. Nie tylko ty rujnujesz jej życie.
Ta myśl jakoś cię nie pociesza.
- Cii... - Głaszczesz jej dłoń uspokajającym ruchem, gdy zauważasz, jak wzbiera w niej panika. - Nie musisz nic mówić.
- Skąd ty... Pomóż mi. - Szepcze, próbując odrobinę się podnieść. Więc pomagasz jej usiąść, jeszcze bardzie wyczuwając jej kruchość, strach i roztrzaskane serce.
Siedzicie w milczenie, jakby bojąc się cokolwiek powiedzieć. Bo, gdy wypowiecie wasze myśli, najstraszniejsze scenariusze staną się prawdą, od której nie ma odwrotu. Więc  ściskasz drobną dłoń Kastner, po prostu będąc. Wreszcie prawdziwie będąc. I wiesz, że ona czuje się na jakiś sposób mniej samotna. Może czekała na to od bardzo dawna? Może wreszcie ma to, czego u ciebie szukała?
- Zespół Budda-Chiarrego. - Chiara nagle przerywa waszą ciszę, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę.
Posyłasz jej zdezorientowane spojrzenie, szykując się na coś bardzo złego. Bo jej głos nie może zwiastować niczego innego. Jest za pełny bólu, smutku i cierpienia, wszystkich negatywnych emocji jakby z całego jej życia.
- Zakrzepica żył wątrobowych inaczej. - Uściśla. - Leczenie nie pomogło. Czekam na przeszczep. Fettner, ja... - Urywa, gwałtownie biorąc głęboki oddech.
Przymykasz oczy i liczysz do dziesięciu. Nie chcesz wiedzieć, co chciała powiedzieć Chiara, nie zniesiesz tej strasznej myśli. Bo nic nie może ci jej zabrać, nie teraz, gdy wreszcie odważyłeś się przyznawać do własnych uczuć, do słabości, jaką jest twoja miłość.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - Pytasz z wyrzutem, gdy uświadamiasz sobie przez co musiała przejść blondynka. I że była w tym wszystkim całkowicie sama.
Chiara uśmiecha się smutno, patrząc się na ciebie z dziwną nostalgią.
- Nienawidziłam, jak wracałeś nad ranem, jak kłamałeś, jak pachniałeś inną. Tak bardzo cię wtedy nienawidziłam. - Wyznaje cicho, odwracając wzrok.
Mimowolnie spuszczasz głowę, czując się winnym.
- Gdy mówiłem, że cię kocham, nie kłamałem.
- To nie wystarczyłoby. Bo skoro uciekałeś ode mnie, gdy byłam zdrowa, to dlaczego miałbyś zostać, gdy jestem chora? Bałam się, Manuel, bałam się, że całkowicie się załamię, gdy odejdziesz. Dlatego odeszłam ja.
Blondynka zaczyna łkać, a ty oplatasz ją swoimi ramionami, cicho szepcząc w jej włosy:
- Ale jestem. I nigdzie się nie wybieram.
- Zostań.
- Zostanę.
***
Chiara zasypia w twoich ramionach. Jest taka krucha, że boisz się poruszyć w obawie, że możesz ją potłuc. Bardzo się o nią boisz, nie chcesz jej stracić. Bo bez niej przecież nic nie będzie miało sensu. Wiesz, że gdyby trzeba było, zrobiłbyś dla niej wszystko, ale nie z egoistycznych pobudek, tylko dlatego, że ją kochasz i że chcesz by była szczęśliwa - bez względu na to czy z tobą czy bez ciebie.
Nie musisz z nią być, może dać ci kosza, może całkowicie usunąć cię ze swojego życia, może cię wykląć i zapomnieć - ale, na Boga, niech będzie zdrowa! Niech znajdzie się dla niej dawca, niech przeszczep się uda, niech już nie wraca do tego strasznego szpitala. Tylko tego chcesz, czy to tak dużo?
Nie wiesz, jak wcześniej mogłeś być taki głupi i nie widzieć tego, jak bardzo potrzebujesz Chiary w swoim życiu. Ona cię dopełnia. Sam nic nie znaczysz, sam jesteś jakimś destrukcyjnym elementem, który nieudolnie porusza się po orbitach życia. Dopiero z nią tworzysz całość, piękną układankę, która nie niszczy, a wręcz przeciwnie, która buduje was obojga.
Nie stracisz jej. Po prostu nie.
- Manuel. - Blondynka porusza się niespokojnie w twoich ramionach, powoli rozklejając powieki.
Omiatasz jej twarz troskliwym spojrzeniem, delikatnie gładząc palcem jej blade policzki.
- Jestem tutaj.
- Zostałeś. - Chiara uśmiecha się wciąż otumaniona snem. Ale jej oczy nie są już takie matowe jak wcześniej i w niej samej zaszła jakaś zmiana, której nie umiesz określić. - Naprawdę zostałeś.
- Przecież ci obiecałem. - Obejmujesz ją szczelniej, jakby chcąc chronić przed wszystkimi zagrożeniami, jakie na nią czyhają. Szkoda tylko, że to tak nie działa, że nie wystarczy osłonić jej swoim ciałem, by choroba zniknęła. - I teraz naprawdę dotrzymam obietnic.
- Manuel... Dlaczego ty to robisz? - Kastner odsuwa się od ciebie tak, by móc zajrzeć w twoje oczy. - Nie rozumiem...
- Kocham cię. - Możesz jej w tym momencie powiedzieć tyle rzeczy. Możesz opowiedzieć o bezsennych nocach, o tym przerażającym uczuciu pustki, o tęsknocie za jej zawsze przypaloną pizzą. Ale mówisz tylko te dwa słowa, które, mimo wszystko, zawierają sobie więcej treści niż niejedna opowieść. I które są tak bardzo prawdziwe. Bo wiesz, że Chiara zasługuje na prawdę. I cieszysz się, że wreszcie powiedziałeś to głośno. - Zawsze cię kochałem i to nigdy się nie zmieniło. Już mi chyba nie przejdzie. Tak myślę. Kocham cię, Chiara.
Blondynka bez żadnego słowa chowa twarz w twoim torsie, mocno cię obejmując. Nie oczekiwałeś odpowiedzi, mimo to lekkie rozczarowanie prawie niewyczuwalnie łapie cię za serce. Ale spokojnie. Chiara potrzebuje czasu, musi sobie wszystko poukładać, nauczyć się znowu ci ufać. I tym razem niczego nie spieprzysz.
Tylko... czy starczy wam czasu?
- Dziękuję. - Szepcze Kastner, po czym zaczyna cicho łkać.
Jest cholernie ciężko, ale póki będziecie mieć siebie nawzajem, będzie na jakiś sposób lepiej.
**********
No cześć moje kochane reniferki!
Wróciłam w nocy do domku i znalazłam bilety na skoki, czy może być coś piękniejszego? <3
A tak poza tym to chciałabym Wam życzyć spokojnych, wesołych świąt, by żaden Mikołaj łamane przez Gwiazdor łamane przez Dziadek Mróz łamane przez nie wiem kto jeszcze nie ominął Waszych choinek, przynosząc Wam jakiegoś miłego skoczka. I żeby było tak po ludzku, zwyczajnie dobrze!
A sobie życzę, bym skończyła rozdział na wkładkach Freunda. Bo święta są i nie można przecież zostawić Severinka bez jego ukochanych wkładek, co by nie zapłakał się nad talerzem z barszczem </3

Ciao!

PS. Wpadajcie na tego cudownego bloga, gdzie po długiej przerwie pojawił się nowy rozdział, z jakże osom dedykacją dla mnie ;) http://together-or-separately.blogspot.com/

szesnaście: tylko ciebie kocham



Pamiętasz, jak kilka tygodni temu, wracając z Planicy, szedłeś po tych samych schodach, wiedząc, że za drzwiami twojego mieszkania nie czeka na ciebie nikt? Że jedyne, co cię przywita to pustka, chłód i kilka porcelanowych kubków pozostawionych w zlewie? Pamiętasz ten krótki jęk rozczarowania, gdy Chiara nie wyszła ci na powitanie, a na stole w kuchni nie czekały na ciebie twoje ulubione jagodzianki z pobliskiej piekarni?
Pamiętasz. Wtedy to było nowe i bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Takie, króre wręcz rozszarpywało twoje i tak poranione serce. Ale mimo to dumnie uzbroiłeś się w maskę cynizmu i chowałeś swoje prawdziwe uczucia głęboko pod ołowianym pancerzem. Próbowałeś się nie rozpaść, nie dać po sobie znać, że odejście Chiary wycisnęło na twoim życiu aż tak wielkie piętno. Ale rozpadłeś się jak zbudowany przez ciebie w wieku dziesięciu lat, lichy szałas, który nie przetrwał szalonej wichury. Mimo usilnych starań, mimo odrzucania własnych uczuć, stałeś się tysiącymi puzzli, które czekają, aż ktoś je ponownie ułoży.
Wtedy było tak. A dzisiaj? Dzisiaj wspinasz się po stromych schodach, dźwigając nie tylko ciężką walizkę, ale również bagaż najróżniejszych, głównie negatywnych uczuć. Ale na jakiś sposób jest lepiej, lżej. Bo wiesz, że za tymi drzwiami czeka na ciebie ktoś, kto obdarzy cię ciepłym uśmiechem, zrobi kawę i zapyta o stan twoje serca. Ktoś, kto przejrzał cię wcześniej niż ty sam siebie, kto pomógł zrozumieć ci własne błędy i znaleźć nową ścieżkę - taką, gdzie nie musisz dłużej ranić ludzi. Ktoś, kogo jeszcze nie skrzywdziłeś, a nawet wręcz przeciwnie - ktoś, komu pomogłeś.
- Cześć. - Mirabel wychodzi na korytarz niemal w tej samej chwili, w której rzucasz na ziemię swoją torbę. Jest w dobrym nastroju, zauważasz to od razu. To ci pomaga. Widząc jej rozradowaną, promienną twarz jest ci lżej na duszy. Czerń nie jest już taka czarna.
- Cześć. - Odpowiadasz, próbując się uśmiechnąć. Ale sztuczny uśmiech nie przychodzi ci z taką łatwością jak kiedyś. To znak, że się zmieniłeś, że twoje ciało nie chce już oszukiwać, chce być kompatybilne z myślami. Nie wiesz, czy to dobrze, czy źle.
- Jak zgrupowanie? - Pyta z pozorną obojętnością. Wiesz, że ona wie, że zdążyła zauważyć, że coś nie gra, że znowu mentalnie jesteś rozbity jak okno, w które ktoś kopnął piłką. Ona widzi wszystkie te drobne niuanse, które zdradzają twoje emocje. Jednocześnie to w niej kochasz i nienawidzisz.
- Okropnie, szczerze powiedziawszy. - Wzruszasz ramionami, idąc za nią do kuchni. - Mam nad czym pracować tego lata. Kawy?
- Jasne.
- A co u ciebie? Jakieś rewelacje? - Włączasz ekspres, po czym z szafki wyciągasz dwa kubki. Pamiętasz? Podczas pierwszego poranka po twoim powrocie do zimnego i samotnego mieszkania zbiłeś podobny kubek. Od tamtego czasu tyle się zmieniło. A jednocześnie nic.
- Nic szczególnego. Nowa praca może nie jest szczytem moich marzeń, ale jest okej. I u brata lepiej, przynajmniej tak pisał w mailu. - Mirabel siada na krześle, zakładając nogę na nogę, po czym sięga po ciastko leżące na talerzyku na stole. - I popatrz, uratowałam twoje kwiatki!
Parskasz śmiechem.
- Super, nie wiem, jak ci się odwdzieczę. 
- Uznajmy, że mój dług został wyrównany. Zwłaszcza, że reanimacja twoich roślinnek nie była najłatwiejsza. Przy tobie nawet kaktus uschnie.
- Moja wina, że umiem troszczyć się tylko o siebie? - Pytasz na pół żartobliwie na pół ironicznie.
Ekspres się wyłącza, więc nalewasz kawę do waszych kubków, po czym jeden podajesz Mirabel. Opierasz się o blat kuchenny i spoglądasz na dziewczynę w skupieniu.
- Rozmawiałem z Michi'm. Wiem, że się umówiliście.
Mirabel na dosłownie ułamek sekundy sztywnieje. Zauważasz to, choć brunetka stara się zamaskować tę chwilę wzruszeniem ramion i delikatnym uśmiechem. To coś znaczy, na pewno. Ale co? Nie umiesz tego odszyfrować, znaleźć interpretacji dla tego drobnego gestu. A ciało przecież mówi więcej niż słowa.
- Nie musisz się bać, że wykorzystam go jak wszystkich poprzednich. Wiem, że nie jest facetem na jedną noc. - Dziewczyna śmieje się, po czym szybko poważnieje. - Chyba, że ci przeszkadza, bo my... kiedyś. A on jest twoim kumplem? - Unosi pytajaco brew.
- No coś ty - Machasz lekceważąco ręką. - On nawet o tym wie. I myślę, że potrzebuje takiego luźnego randkowania. No wiesz, bez zbędnego angażowania się, przynajmniej na razie. Ale bądź ostrożna, proszę.
- Nie ma to jak być pocieszeniem po rozpadzie związku. - swierdza ironiczna Winckler.
- Daj spokój. Wiem, że ci to zwisa i powiewa.
- Hej, czy ty uważasz, że nie mam uczuć?
- Masz. W końcu uratowałaś moje kwiatki. I mam nadzieję, że Michaela też uratujesz.
- A ciebie? - Brunetka rzuca ci wyzywające spojrzenie.
Wytrzymujesz je. Bo to ten rodzaj gry, który zawsze cię ekstytował. Ale jednocześnie robisz się dziwnie smutny i taki trochę przegrany. Jakbyś całe życie miał już za sobą i ze świadomością, że błędów przeszłości nie naprawisz, powoli dogorywał. 
- Mnie już nie da się uratować.
- Kiedyś przyjdzie taki dzień, że poczujesz się uratowany, obiecuję. - Szepcze cicho Mirabel. Powietrze wokół was gęstnieje i z trudem przychodzi wam zaczerpnięcie oddechu. Ale nie jest to niezręczne, jest po prostu...inaczej. Bardziej metaforycznie, jakby to nie wasze słowa miały znaczenie a to, co jest zapisane między nimi.
- Chciałbym, abyś miała rację. - Mówisz po chwili, wpatrując się nie w Mirabel a w czarną tafle kawy. - Tyle, że czasami tak trudno uwierzyć w te wszystkie po każdej burzy przychodzi słońce.
- Co się dzieje, Fettner? - Wincklerówna marszczy czoło, w napięciu czekając na twoją odpowiedź.
Wzruszasz ramionami. Bo już dawno przestałeś wiedzieć, co się dzieje. Twoje życie w tym momencie przypomina plątaninę emocji i uczuć, w których nie potrafisz się połapać. Bo nazywanie uczuć, czucie ich jest takie nowe i trudne dla Manuela Fettnera. Za długo twoje wnętrze wznosiło przed nimi mur.
- Dziwnie jest uczyć się na nowo życia. I tego wszystkiego, co mu towarzyszy.
- A jeszcze trudniej tęsknić? - Dziewczyna przekrzywia głowę, patrząc na ciebie w skupieniu.
Posyłasz jej krótki uśmiech.
- Czasami mam wrażenie, że czytasz w mojej głowie.
- Jestem dobrym obserwatorem, kolego.
- Wiesz, że na ogół to nie jest fajne? Przeważnie cię wtedy nie lubię.
- Dar i przekleństwo w jednym, co zrobisz. - Mirabel wzdycha teatralnie.
Nie umiesz powstrzymać śmiechu. To najbardziej lubisz w waszej relacji - zupełnie płynnie przechodzicie od tematów trudnych i niewygodnych do zupełnej błazenady. Taki trochę rollercoaster, ale właśnie tacy jesteście, takie są wasze światy. Może dlatego Mirabel tak doskonale cię rozumie.
- Cieszę się, że mam taką dobrą przyjaciółkę. Prawdopodobnie powinienem też powiedzieć coś podobnego Schlierenpale. - Wyznajesz cicho, nieco skrępowany i onieśmielony.
Winckler uśmiecha się do ciebie.
- Zmieniłeś się, Fettner. Zmieniłeś się na plus.
*
Jakąś godzinę później Mirabel wychodzi do pracy na drugą zmianę, a ty leżysz rozwalony na sofie i beznamiętne oglądasz jakiś serial. Próbujesz hamować myśli, ale przed oczami zamiast rozentuzjazmowanych bohaterów tasiemca, masz jej uśmiech, a w uszach słyszysz Gregorowe Po prostu jej to powiedz. Nie wiesz, czy powinieneś to robić. Bo co jeśli...?
Boisz się, tak cholernie się boisz. Kolejnego odrzucenia, zaufania, zranienia jej. Boisz się stanąć przed nią i powiedzieć jej prosto w oczy, że wciąż, a może nawet i mocniej... Że nie chcesz żadnej innej... Że nie możesz bez niej żyć. Wszystko brzmi tak banalnie, ale jednocześnie jest takie prawdziwe. Prawdziwe do bólu. 
Chcesz spróbować. Jeszcze raz. Ale bez kłamstw, bez uciekania. Chcesz, by nauczyła cię po prostu kochać, by pozbyła się z ciebie całej toksyczności. Byście po prostu byli razem. W dobrych i złych chwilach. Chcesz, by uwierzyła, że nie potrzebujesz żadnej innej. Tylko jej.
Ale nie chcesz usłyszeć nie. Nie jeszcze bardziej cię poturbuje, sprawi, że już nigdy nie uwierzysz w nadzieję.
Gdyby życie było filmem, już leżelibyście w jej łóżku, szczęśliwi jak jeszcze nigdy. I potem nic by już się nie psuło. Byłoby tylko i żyli długo i szczęśliwie.
Ale życie to nie film, życie to coś gorszego. Albo potrafi być piękne. Z ukochanymi osobami.
Długo się wahasz, ale w końcu podejmujesz decyzję. Spróbujesz, zawalczysz. Pokażesz, że ci zależy, że się zmieniłeś, że tamten Manuel to już przeszłość. A ona zobaczy i uwierzy. Bo tamten Manuel nie zapukałby do jej drzwi z dziwną bezradnością i desperacją w oczach, nie powiedziałby, że bez niej nie może żyć. On po prostu by tak nie zrobił.
Więc stajesz z kanapy i wyłączasz telewizor. Spokojnie, bez zbędnych emocji ubierasz się i wychodzisz z mieszkania. Idziesz na piechotę, choć to kawał drogi, ale musisz mieć pewność, że cała porywczość wyparuje z ciebie, a ty będziesz mógł racjonalnie porozmawiać z Chiarą. Nie chcesz wykorzystać swojego połamania, nie chcesz by pomyślała, że nią manipulujesz. Bo ty przecież tylko ją kochasz.
W końcu docierasz pod drzwi jej mieszkania. Bierzesz głęboki wdech i pukasz. Nic. Czekasz chwilę, po czym jeszcze raz uderzasz pięścią w drewniane drzwi. Ale nadal cisza. Żadnego szmeru odsuwanego krzesła, żadnego szurania kapciami. Nie ma jej.
Nie wiesz, co robić, więc nie robisz nic. Siadasz na schodach i czekasz. Mijają kolejne minuty, minuty powoli zamieniają się w kwadranse, a te w godziny. Jej dalej nie ma. Mimo to uparcie siedzisz na zimnych schodach, cierpliwie znosząc spojrzenia mijających cię ludzi. Karcisz siebie w myślach, bo przecież mogłeś kupić kwiaty. Ale z drugiej strony to byłoby zbyt uklepane i przesadzone. Więc nawet dobrze, że ich nie kupiłeś.
Spoglądasz na zegarek. Dwudziesta pierwsza. Zaczynasz fiksować, pleść domysły. Może już tutaj nie mieszka, może wyjechała do Hiszpanii, Belgii, Słowacji? Może jest z innym facetem? Może wreszcie stanęła na nogi i nauczyła się bez ciebie żyć? Twój oddech przyśpiesza, a jakąś niewidzialna ręką zaciska się na twoim sercu. Zagryzasz wargę, by po chwili poczuć metaliczny posmak krwi. Fettner, uspokój się, nakazujesz sobie w myślach. Więc bierzesz głęboki wdech i liczysz do dziesięciu. Potem wyciągasz z kieszeni telefon i wybierasz numer Chiary. Poczta. Kurwa. Nie myśląc wiele, dzwonisz do jej siostry. Już raz cię uratowało, może i tym razem...
- Halo? - Annika odbiera po drugim sygnale. Nie brzmi najlepiej. Ale to cię nie obchodzi. Teraz możesz myśleć tylko o Chiarze.
- Cześć. - Zaczynasz niepewnie. Nie owijając w bawełnę, szybko przechodzisz do konkretów. Pytasz, czy wie, gdzie jest Chiara i kiedy wróci. Dziewczyna jakby zamiera; w słuchawce słyszysz tylko jej przyśpieszony oddech.
- Chiara nic ci nie powiedziała? - Pyta w końcu ze zdziwieniem i strachem w głosie. - Jest w szpitalu. I jest źle.
Na te słowa oczy zachodzą ci łzami i nawet nie próbujesz tego zahamować; słone krople powoli spływają po twoich policzkach. Wszystko wokół zaczyna drżeć i łamać się w pół niczym zapałki. Pod nogami przestajesz czuć stabilny grunt, a ciemność otacza cię całego. Twój świat... twój świat wisi na włosku. Bo nie chcesz świata bez Chiary.
Albo z nią, albo wcale. Bo tylko ją kochasz.
******
Najdłuższy rozdział, więc uczcijmy go szablonem, a co!
Manuel nadal musi cierpieć, ale co zrobić. Niech wróci do PŚ to może wtedy pogadamy. A tak to... Nie ma lekko, kolego.
A jutro kierunek na Wrocław! :D